środa, 6 listopada 2013

Rozdział 2. Czyli moment, jak bardzo można się nie zrozumieć

Izka
Wstałam rano i zjadłam z rodziną śniadanie przygotowane przez babcię. Odkąd sięgałam pamięcią zawsze wspominaliśmy stare czasy, które ja pamiętałam zazwyczaj jak przez mgłę. Po 11 zerwałam się, bo całkowicie zapomniałam o spotkaniu, na które byłam omówiona. Wzięłam szybko prysznic i poszłam przegrzebać walizkę w poszukiwaniu odpowiedniego ubrania. Wyciągnęłam czarne rurki, białą koszulę i beżowy kardigan. Nałożyłam lekki makijaż i wyszłam z łazienki.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytał zainteresowany dziadek, podnosząc głowę i spoglądając na mnie spod okularów.
- Tak, dziadku, jestem umówiona - uśmiechnęłam się szeroko - wrócę wieczorem.
- Baw się dobrze kochanie! - usłyszałam zamykając za sobą drzwi.
We Wrocławiu było zdecydowanie zimniej niż w Rzeszowie. Czułam jak zamarzają mi dłonie a nos robi mi się czerwony. Do Jaśmina podążałam slalomem omijając wszystkie napotkane do drodze kałuże. Po 15 minutach byłam na miejscu. Wchodząc do kawiarni uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem jak owy Fabian wygląda. Nie rozglądając się za bardzo usiadłam w kącie kawiarenki i zerknęłam na zegarek. "Za pięć trzynasta" pomyślałam - "pewnie jestem za szybko" uznałam i zaczęłam czytać książkę, która na szczęście ze sobą wzięłam, zapominając tak właściwie po co tu przyszłam.
- Dzień dobry - usłyszałam trochę nie wyraźnie i pierwsze co przyszło mi na myśl to, to iż Fabian się pojawił. Podniosłam głowę i uśmiech od razu zniknął mi z twarzy - co podać? - zapytał niewysoki, młody kelner.
- Herbatę z cytryną - rzekłam i zrezygnowana spojrzałam na zegarek. Dziesięć po. Rozejrzałam się po kawiarence. Siedziała tam kilka par, jedna samotna dziewczyna i 2 chłopaków. Na drugim końcu kawiarenki dostrzegłam jeszcze jedną osobę. Był to chłopak, siedział sam i wyglądał jakby na kogoś czekał. Uświadamiając sobie, że jestem w takiej samej sytuacji, uśmiechnęłam się sarkastycznie i straciłam nadzieję, że chłopak, na którego czekałam jeszcze się zjawi. Wypiłam herbatę, która dostarczył mi kelner, schowałam książkę, ubrałam się i wyszłam.

http://www.youtube.com/watch?v=0rjoMNyZ9jw
"Życie niestety jest rodzajem szaleństwa,
lecz przestaniesz szukać w nim swojego miejsca dopiero gdy opadnie kurz.
Póki co spoglądasz na rozległy pejzaż,
na którym ścierają się armie zagubionych dusz."
Wracając do domu dziadków pomyślałam, ze odwiedzę miejsca, w których lubiłam bywać z przyjaciółmi, jeszcze za czasów kiedy mieszkałam we Wrocławiu.
Tak jak się spodziewałam duża ich część tam dziś była. Widziałam jak śmieją się, popijając piwo. Kilku z nich paliło papierosy. "Jak kiedyś. Nic się nie zmienili" pomyślałam ale nie miała odwagi do nich pojeść. Nie wiedziałam jak zareagują na moje nagle pojawienie się po dość długim czasie nieobecności.
Poczułam na skórze zimne krople jesiennego deszczu. Zatrzymałam się i podniosłam głowę do góry.
Pozwoliłam spokojnie zmyć ze mnie cały makijaż. Moje włosy wsiąkały deszcz jakby tyle na niego czekały.
Pękły we mnie wszystkie łańcuchy. Cała tęsknota i bunt wyszły na zewnątrz mieszając zimny deszcz z gorzkimi łzami, które bez pozwolenia uwalniały się spod moich ciężkich powiek.
Zawsze skrywałam w sobie emocje. Tłumiłam sprzeciw wobec wyjazdu, zawód i tęsknotę.
"I kurz podnosi się spod rozbieganych stóp jak kurtyna.
I póki życie trwa teatr życia wśród gestów, słów, działań, wyobrażeń, znaczeń,
które tracą sens, wystarczy, że zmienisz scenografię. "
Wczoraj jakiś obcy chłopak spowodował, że tak po prostu się uśmiechałam. A dziś się nie pojawił. Nienawidziłam swojej wrażliwości.
"Kiedy opadnie kurz, będziemy w końcu sobą
Kiedy opadnie kurz, kurtyny się odsłonią
Kiedy opadnie kurz, pójdziemy prostą drogą
Kiedy opadnie kurz, zaczniemy żyć na nowo."

***

- Jesteście spakowani? Niczego nie zapomnieliście? - pytała mama, krzątając się po całym mieszkaniu zbierając ostatnie rzeczy.
- Wszystko mamy - usłyszałam chór mojego rodzeństwa.
- Gdzie mój sweter? - zapytałam raczej przestrzeń niż kogoś konkretnego.
- Który wnusiu? - spytał dziadek chowając słodycze do mojej torebki.
- Ten gruby, granatowy.
- Leży na tapczanie w salonie! - krzyknęła babcia. Zrezygnowana poszłam po niego i szybko ubrałam. Stanęłam na środku pokoju wdychając ostatnie zapachy domowego obiadu. Jeszcze nie wyjechaliśmy a ja już zdążyłam tęsknić. Wtedy również wróciło do mnie wspomnienie wypitej samotnie herbaty. Nie mogłam przestać myśleć o tym chłopaku. Po raz kolejny znienawidziłam swojej wrażliwości i pakując się do samochodu postanowiłam, że muszę się jej pozbyć w najbliższym czasie.
- Izka, Kuba, macie jakieś plany na jutro? - zapytała mama kiedy mój tato męczył się aby najsprawniej ominąć wrocławskie korki.
- Idziemy na mecz z Maćkiem - rzucił mój brat. Nie miałam ochoty uczestniczyć w tej rozmowie, włożyłam więc słuchawki i podobnie jak 3 dni temu kiedy wyjeżdżaliśmy z Rzeszowa postanowiłam przespać całą drogę. Jak na złość mi - zapalonej fance polskiego rapu, którego miałam w przenośnych urządzeniach miliony utworów - rzuciło się posłuchać muzyki klasycznej. A ja i muzyka klasyczna zwykle oznaczyło lament, tony chusteczek i kilogramy czekolady. Blokowało mnie tylko to, iż nadal byliśmy w drodze. Widok za oknem przekonywał mnie, że naprawdę jest ze mną coś nie tak. A może właśnie zaczęłam dorastać i dostrzegać to co powinnam? Pejzaż pól okrytych liśćmi i warstwą zmarzniętej ziemi zaczął zmieniać coś w moim myśleniu. Coraz ciemniejsze niebo z puchatymi jak wata cukrowa, szybko płynącymi chmurami. Ledwo dostrzegalne słońce, która tylko czekało by schować się za horyzontem. Wszystko powoli zasypia. W pewnej chwili spadł z nieba deszcz. Ściekając powoli po szybie, w którą tak namiętnie się wpatrywałam aby w końcu spaść na czarny, twardy asfalt rozpryskując się na zawsze. Tak, to był dobry moment na płacz.


Fabian
Zastanawiał się dlaczego się nie pojawiła. A może była tylko jej nie zauważył? Wydawało mu się, że rozpoznałby ją. Oczywiście, że by ją rozpoznał. Jej długie, lekko pofalowane blond włosy, delikatne rysy twarzy i te zniewalające oczy, tak pięknie oświetlone przez płomienie zniczy. Musiał pogodzić się z tym, że już nigdy jej nie spotka.
- Fabian nie powinieneś już jechać do Rzeszowa? Ściemnia się a jutro masz mecz - usłyszał głos ojca.
- Masz rację. Niedługo mam pociąg.
- Spakowałam ci trochę jedzenia i tu masz świeże rogaliki Fabianku - uśmiechnął się i ucałował swoją babcie w czoło.
- To będę się zbierał.
- Odwiozę Cię.
- Dzięki tato - rzucił. Zasznurował buty naciągnął czapkę po czym pożegnał się z rodziną - dziękuję babciu, niedługo przyjadę. Pa mamo!
- Pa synku - poczuł jej ciepłe wargi na swoim policzku - powodzenia jutro, będę trzymać kciuki! - uśmiechnęła się i wiedział, że tak będzie. Będzie jutro siedziała przed telewizorem i na wewnętrznej stronie dłoni będą widniały ślady od jej paznokci. Wyszedł na zewnątrz i dopiero teraz zauważył, że pada. Po 15 minutach byli na dworcu.
- Dzięki tato, trzymaj się.
- Cześć synu - uścisnął go pan Wojtek - zadzwoń jak dojedziesz! - rzucił do odchodzącego już syna. Fabian kupił bilet i wsiadł do pociągu. Nadal myślał o pięknej blondynce. Nie spostrzegł kiedy zasnął.


Izka
- Izka ile można siedzieć w łazience?! - darł się Kuba niemiłosiernie - zaraz wychodzimy!!! - przewróciłam oczami słysząc jego lament.
- Już idę... - warknęłam i wyszłam z łazienki. Kuba zagwizdał.
- No siostra. Będę cię teraz musiał nieźle pilnować na tej hali - zaśmiał się i wymierzył kuksańca w bok.
- Kuba przestań wiesz jak tego nienawidzę!
- No dobra, ale ubieraj już buty młoda, spóźnimy się.
Oczywiście, że się nie spóźniliśmy, my nigdy się nie spóźniamy. Kuba gdyby mógł wychodził by z domu 5 godzin przed meczem ale cóż już nic się na to nie poradzi. Przed halą dołączył do nas Maciek, który również zrobił wielkie oczy na mój widok.
- Kuba, gdzie ty chowałeś tę siostrę? - zapytał a ja mocniej naciągnęłam czapkę i mamrotałam modły o pomstę do nieba. Ok, Maciek był fajnym chłopakiem, ale strasznie denerwowało mnie to jak się do mnie przystawiał chociaż mówiłam mu już wiele razy, że jest tylko moim kolegą i to się nie zmieni. Ale on zachowywał się jakby był głuchy i to irytowało mnie najbardziej. Po prostu w pewnym momencie przestałam lubić jego towarzystwo, które stało się nachalne.
- Idę po coś po picia - rzuciłam gdy byliśmy już na hali i wędrowałam sobie samotnie po strefie VIP'owskiej. Tak to był jedyny plus chodzenia z Maćkiem na mecze. Byłam wkurzona i cały czas marudziłam pod nosem, że jednak mogłam zostać w domu przynajmniej zrobiła bym coś pożytecznego i równocześnie z oglądaniem meczu odrabiałam lekcje, a tak to będę siedzieć do 2 w nocy i znów się nie wyśpi...
- Ojej, przepraszam! - ktoś przerwał monolog mojego marudzenie. "Cześć Wrocławiu, powtórka z rozrywki"
- Mhm, spoko - mruknęłam słabo i szybko wyminęłam przyczynę mojego nowego rozdrażnienia.
- Hej, nic ci nie jest? Poczekaj!
- Nie - rzuciłam i przeszłam dalej jeszcze dwa kroki. Postanowiłam jednak się odwrócić i właśnie wtedy miałam ochotę wyciągnąć jakiś młotek i się nim po prostu zatłuc...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz