Półtora miesiąca później
Izka
Grudzień. Kolejne święta. Znów Wrocław.
http://www.youtube.com/watch?v=rBzcOUOY5YY
Tym razem czułam się zupełnie inaczej jadąc tam. Chciałam być z rodziną. Ale czegoś się obawiałam. Moje ciało przepełniał niepokój. Nie byłam pewna czy bardziej dręczył mnie fakt istnienia tego dziwnego uczucia, czy to, że nie miałam pojęcia skąd ono się wzięło. Przeżywając deja vu krzyczałam na rodziców, żeby się pośpieszyli.
- Izka uspokój się - spojrzała na mnie mama.
- Po prostu, chcę jeszcze kupić we Wrocławiu jeden prezent, mamo...
- Nie mogłaś kupić go w Rzeszowie? - zapytał tata.
I´ve been roaming around
Always looking down, and all I see
Painted faces fill the places I can´t reach
You know that I could use somebody
You know that I could use somebody
Nie mogłam - pomyślałam. Chciałam odwiedzić starego przyjaciela. Fakt faktem, że nie mieliśmy kontaktu pół roku, ale kiedyś przecież muszę się odezwać. Nie mogę udawać, że go nie znam. Kochałam i wciąż kocham jak brata.
- Nie mogłaś? - powtórzył ojciec i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Nie mogłam - rzuciłam pakując laptopa. Oczywiście, że mogłam go kupić. Tylko nie wiedziałam co kupić. Nie miałam pojęcia a wizja kupienie prezentu we Wrocławiu oznaczało 4 i pół godziny drogi na zastanowienie się. Jak zwykle zapakowanie się do samochodu z trójką mojego rodzeństwa było ciężkie. Ale już w krótce byliśmy w drodze. Przez dobre pół godziny namiętnie przepytywałam Kubę co on by chciał dostać od przyjaciółki na święta. Oczywiście jak to mój brat wymyślał niestworzone rzeczy typu zegarki warte kilka tysięcy, iPhony i tym podobne. Czasem nie dowierzam, że on naprawdę jest na studiach.
Someone like you and all you know and how you speak
Countless lovers undercover of the street
I know that I could use somebody
You know that I could use somebody
W końcu postawiłam na szalik. Bez pomocy mojego takbardzodoroslegozeazboli brata. Pamiętam jak zawsze marudził, że musi sobie kupić coś co będzie zakrywało mu szyje zimą. Oczywiście tylko gadał, nigdy tak naprawdę nic nie kupił. Ciężko było mi to swojego czasu zrozumieć, aż w końcu zauważyłam jak bardzo różni się od innych ludzi. Jest uniwersalny, jeśli można tak powiedzieć o człowieku. Jest wyjątkowy. Pewnie dużo takich wyjątkowych ludzi na świecie, jednak w moim życiu był jedyny. Jedyną dozą wyjątkowości mierzącą 201 centymetry z silnymi ramionami.
Droga upłynęła mi zadziwiająco szybko. Rozprostowując kości już we Wrocławiu czułam się jak nowo narodzona. Szybko przywitałam się z dziadkami i od razu pobiegłam do mojego ulubionego centrum handlowego. Idąc wymyśliłam sobie idealny szalik. Tak. Czasem miałam wrażenie, że nie wszystko ze mną w porządku. Ale i tak przez 3 następne godziny uparcie szukałam wyimaginowane przedmiotu. Osiągnęłam apogeum szczęścia, kiedy zrezygnowana ujrzałam gruby, długi jak z Wrocławia do Rzeszowa szalik w szaro czarne poziome paski. Był piękny tak bardzo, jak tylko piękny może być szalik.
Zapakowałam go w toalecie w centrum, mało komfortowe miejsce, ale nie miałam czasu wracać się do domu moich dziadków. Postałam jeszcze dwadzieścia minut gapiąc się w swoje odbicie w lustrze. W głowie toczyłam niezwykle zaciętą batalie, jakby chodziło o losy świata. Ale to dotyczyło tylko i włącznie mnie i mojego życia. Mojej rzeczywistości. Podjęłam decyzję. Warknęłam na moje trzęsące się kolana i ruszyłam. Wiedziałam gdzie go znajdę.
Szłam i szłam i szłam i nie wiedziałam czy robię to tak wolno czy droga była faktycznie tak długa. Po kilkudziesięciu minutach dotarłam na miejsce. Od razu go zauważyłam. Był sam. Nie pozwoliłam się sobie zatrzymać bo wiedziałam, że wtedy stchórzę i ucieknę.
- Cześć - wciągnęłam powietrze. Spojrzał na mnie. Jego oczy nie mówiły kompletnie nic. Nie potrafiłam z nich nic odczytać - jesteś sam? - nie odpowiedział - Paweł? - zaczęłam się modlić, żeby odpowiedział - mam coś.. Dla ciebie - parsknął słysząc moje słowa.
- Nic, od Ciebie już nie chce.. - wycedził przez zęby - dla mnie Cię już nie ma - warknął. Zastanawiałam się czy on chociaż walczył o nasz kontakt. Miałam świeczki w oczach. Usłyszałam zbliżającą się resztę dawnej paczki. Mojej dawnej paczki. Gdy zbliżyli się śmiechy ucichły a ja zdobyłam się na odwagę, żeby na nich spojrzeć.
- Co.. Ona tu robi? - pytanie skierowane do Pawła.
- Nic, już sobie idzie, prawda? - chłód w jego głosie przepłynął przez całe moje ciało. Zrobiło mi się gorąco, poczułam łzy cisnące mi się do oczu. Odwróciłam się i zaczęłam iść przed siebie. Słyszałam ich śmiech. Biegłam. Gdzie? Na cmentarz. Tam gdzie zawsze chodziłam gdy płakałam. Na cmentarz. Usiadłam na starej, spróchniałej ławeczce, schowałam głowę w szalik i zaczęłam płakać.
- Wszystko w porządku? - poczułam dłoń na moim ramieniu. Pociągnęłam nosem i spojrzałam w górę.
- Tak dziękuję - śledziłam ruchy nieznajomego, który w końcu ustawił się w takim świetle, że mogłam zobaczyć jego twarz. Doznałam szoku.
- Zgubiłaś coś ostatnim razem - wiedziałam, że pamięta. Wyciągnął rękę z moim notesem a ja miałam ochotę rzucić mu się na ramiona. Powstrzymałam się jednak.
- Jejku, dziękuje, jest dla mnie bardzo ważny - powiedziałam i pomyślałam nagle, że mógł poznać zawartość.
- Nie martw się zerknąłem tylko na pierwszą stronę aby poznać twoje imię - rzucił jakby czytał mim w myślach - Fabian - podał mi rękę.
- Tak wiem... To znaczy, Iza, miło mi.
- Proszę - wyciągnął paczkę chusteczek. Zastanawiałam się jak ja teraz wyglądam. Może jak śmierć? Jak zjawa? Z rozmazanym makijażem i zatkanym nosem.
- Dziękuję.. - szepnęłam - chyba muszę już iść... Pewnie się o mnie martwią - rzuciłam a Fabian wyraźnie posmutniał. Wstałam i zaczęłam się oddalać.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś? - czy to co usłyszałam było nutą nadziei? Odwróciłam się, ale nie odpowiedziałam.
Wsiadając do autobusu popukałam się w czoło i wysiadając z niego ryknęłam jeszcze bardziej. Fabian Drzyzga chciał się ze mną spotkać a ja tak po prostu odeszłam.
Chciałbym z ramion zdjąć Ci troskę o przyszłość,
powiedzieć i uwierzyć, że pieniądze to nie wszystko.
Chcę się z Tobą kochać a nie z gównem jebać co dzień.
Myślisz o jutrze nieufnie i zanim uśniesz czekasz na odpowiedź:
- Co dalej?
***
Przez kolejne tygodnie unikałam meczu Sovii jak ognia.
Wierzę w nas bardziej niż w miłość, bo miłość jest jak człowiek,
chwilą co nie godzi się na to, że musi ginąć.
Powiedz mi to szczerze, chodzi o jakość czy o ilość?
- Nie wiem. Jeśli miłość jest człowiekiem, chodzi mi o Ciebie.
Dopadła mnie depresja. Czułam się osamotniona. Po świętach stałam się wrakiem człowieka. Utraciłam wszelką nadzieję. Nie miałam ochoty ruszać się z domu więc do szkole przychodziłam i ukrywałam się pod kocem albo przy książkach. Tak spędziłam 2 miesiące.
- ... Dzisiejszy mecz nie był łatwy, tym bardziej ciesze się ze zwycięstwa... - usłyszałam głos Fabiana i wiedziałam, że Kuba przyszedł z laptopem.
- A co w przerwie świątecznej? Treningi czy wracasz do rodzinnego domu? - nie mogłam rozpoznać głosu dziennikarza.
- Planuję odnaleźć Izę - normalnie zdębiałam. Podniosłam głowę znad obliczeń i odwróciłam się do Kuby. Ten szczerzył się do mnie.
- Jesteś głupia Izka - wiedziałam, że ma rację - mają dziś ostatni trening - podjęłam decyzję. Co mogłam stracić? Wstałam w tępie natychmiastowym i poszłam wziąć szybką kąpiel.
***
- Cześć - stanęłam przed Fabianem i nieśmiało się uśmiechnęłam. Zatrzymał się pół kroku przede mną i patrzył na mnie jak na jakieś cudowne stworzenie. Kropelki potu spływały z jego włosów na czoło a oddech miał szybki i krótki.
- No.. Hej - wybełkotał - to znaczy cześć. Izka. Cześć - zaczął drapać się po głowie a ja cichutko chichotałam - zaskoczyłaś mnie. To znaczy pozytywnie, bardzo pozytywnie. Tylko ja. Bo. No wiesz. Nie, nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć. Ja nie mogę myśleć, w sensie przestać o Tobie. Myśleć oczywiście - język mu się plątał jakby zobaczył prawdziwego świętego Mikołaja - Wybacz - zmieszany spuścił głowę. Dotknęłam jego dłoni.
- Masz może ochotę na spacer? Czy będę musiała spędzić go sama? - zobaczyłam iskierki w jego oczach i wiedziałam, że jednak będę musiała trochę poczekać zanim się wykąpie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz