wtorek, 24 grudnia 2013

Półtora miesiąca później

Izka
Grudzień. Kolejne święta. Znów Wrocław.
http://www.youtube.com/watch?v=rBzcOUOY5YY
Tym razem czułam się zupełnie inaczej jadąc tam. Chciałam być z rodziną. Ale czegoś się obawiałam. Moje ciało przepełniał niepokój. Nie byłam pewna czy bardziej dręczył mnie fakt istnienia tego dziwnego uczucia, czy to, że nie miałam pojęcia skąd ono się wzięło. Przeżywając deja vu krzyczałam na rodziców, żeby się pośpieszyli.
- Izka uspokój się - spojrzała na mnie mama.
- Po prostu, chcę jeszcze kupić we Wrocławiu jeden prezent, mamo...
- Nie mogłaś kupić go w Rzeszowie? - zapytał tata.
I´ve been roaming around
Always looking down, and all I see
Painted faces fill the places I can´t reach
You know that I could use somebody
You know that I could use somebody
Nie mogłam - pomyślałam. Chciałam odwiedzić starego przyjaciela. Fakt faktem, że nie mieliśmy kontaktu pół roku, ale kiedyś przecież muszę się odezwać. Nie mogę udawać, że go nie znam. Kochałam i wciąż kocham jak brata.
- Nie mogłaś? - powtórzył ojciec i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Nie mogłam - rzuciłam pakując laptopa. Oczywiście, że mogłam go kupić. Tylko nie wiedziałam co kupić. Nie miałam pojęcia a wizja kupienie prezentu we Wrocławiu oznaczało 4 i pół godziny drogi na zastanowienie się. Jak zwykle zapakowanie się do samochodu z trójką mojego rodzeństwa było ciężkie. Ale już w krótce byliśmy w drodze. Przez dobre pół godziny namiętnie przepytywałam Kubę co on by chciał dostać od przyjaciółki na święta. Oczywiście jak to mój brat wymyślał niestworzone rzeczy typu zegarki warte kilka tysięcy, iPhony i tym podobne. Czasem nie dowierzam, że on naprawdę jest na studiach.
Someone like you and all you know and how you speak
Countless lovers undercover of the street
I know that I could use somebody
You know that I could use somebody
W końcu postawiłam na szalik. Bez pomocy mojego takbardzodoroslegozeazboli brata. Pamiętam jak zawsze marudził, że musi sobie kupić coś co będzie zakrywało mu szyje zimą. Oczywiście tylko gadał, nigdy tak naprawdę nic nie kupił. Ciężko było mi to swojego czasu zrozumieć, aż w końcu zauważyłam jak bardzo różni się od innych ludzi. Jest uniwersalny, jeśli można tak powiedzieć o człowieku. Jest wyjątkowy. Pewnie dużo takich wyjątkowych ludzi na świecie, jednak w moim życiu był jedyny. Jedyną dozą wyjątkowości mierzącą 201 centymetry z silnymi ramionami.
Droga upłynęła mi zadziwiająco szybko. Rozprostowując kości już we Wrocławiu czułam się jak nowo narodzona. Szybko przywitałam się z dziadkami i od razu pobiegłam do mojego ulubionego centrum handlowego. Idąc wymyśliłam sobie idealny szalik. Tak. Czasem miałam wrażenie, że nie wszystko ze mną w porządku. Ale i tak przez 3 następne godziny uparcie szukałam wyimaginowane przedmiotu. Osiągnęłam apogeum szczęścia, kiedy zrezygnowana ujrzałam gruby, długi jak z Wrocławia do Rzeszowa szalik w szaro czarne poziome paski. Był piękny tak bardzo, jak tylko piękny może być szalik.
Zapakowałam go w toalecie w centrum, mało komfortowe miejsce, ale nie miałam czasu wracać się do domu moich dziadków. Postałam jeszcze dwadzieścia minut gapiąc się w swoje odbicie w lustrze. W głowie toczyłam niezwykle zaciętą batalie, jakby chodziło o losy świata. Ale to dotyczyło tylko i włącznie mnie i mojego życia. Mojej rzeczywistości. Podjęłam decyzję. Warknęłam na moje trzęsące się kolana i ruszyłam. Wiedziałam gdzie go znajdę.
Szłam i szłam i szłam i nie wiedziałam czy robię to tak wolno czy droga była faktycznie tak długa. Po kilkudziesięciu minutach dotarłam na miejsce. Od razu go zauważyłam. Był sam. Nie pozwoliłam się sobie zatrzymać bo wiedziałam, że wtedy stchórzę i ucieknę.
- Cześć - wciągnęłam powietrze. Spojrzał na mnie. Jego oczy nie mówiły kompletnie nic. Nie potrafiłam z nich nic odczytać - jesteś sam? - nie odpowiedział - Paweł? - zaczęłam się modlić, żeby odpowiedział - mam coś.. Dla ciebie - parsknął słysząc moje słowa.
- Nic, od Ciebie już nie chce.. - wycedził przez zęby - dla mnie Cię już nie ma - warknął. Zastanawiałam się czy on chociaż walczył o nasz kontakt. Miałam świeczki w oczach. Usłyszałam zbliżającą się resztę dawnej paczki. Mojej dawnej paczki. Gdy zbliżyli się śmiechy ucichły a ja zdobyłam się na odwagę, żeby na nich spojrzeć.
- Co.. Ona tu robi? - pytanie skierowane do Pawła.
- Nic, już sobie idzie, prawda? - chłód w jego głosie przepłynął przez całe moje ciało. Zrobiło mi się gorąco, poczułam łzy cisnące mi się do oczu. Odwróciłam się i zaczęłam iść przed siebie. Słyszałam ich śmiech. Biegłam. Gdzie? Na cmentarz. Tam gdzie zawsze chodziłam gdy płakałam. Na cmentarz. Usiadłam na starej, spróchniałej ławeczce, schowałam głowę w szalik i zaczęłam płakać.
- Wszystko w porządku? - poczułam dłoń na moim ramieniu. Pociągnęłam nosem i spojrzałam w górę.
- Tak dziękuję - śledziłam ruchy nieznajomego, który w końcu ustawił się w takim świetle, że mogłam zobaczyć jego twarz. Doznałam szoku.
- Zgubiłaś coś ostatnim razem - wiedziałam, że pamięta. Wyciągnął rękę z moim notesem a ja miałam ochotę rzucić mu się na ramiona. Powstrzymałam się jednak.
- Jejku, dziękuje, jest dla mnie bardzo ważny - powiedziałam i pomyślałam nagle, że mógł poznać zawartość.
- Nie martw się zerknąłem tylko na pierwszą stronę aby poznać twoje imię - rzucił jakby czytał mim w myślach - Fabian - podał mi rękę.
- Tak wiem... To znaczy, Iza, miło mi.
- Proszę - wyciągnął paczkę chusteczek. Zastanawiałam się jak ja teraz wyglądam. Może jak śmierć? Jak zjawa? Z rozmazanym makijażem i zatkanym nosem.
- Dziękuję.. - szepnęłam - chyba muszę już iść... Pewnie się o mnie martwią - rzuciłam a Fabian wyraźnie posmutniał. Wstałam i zaczęłam się oddalać.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś? - czy to co usłyszałam było nutą nadziei? Odwróciłam się, ale nie odpowiedziałam.
Wsiadając do autobusu popukałam się w czoło i wysiadając z niego ryknęłam jeszcze bardziej. Fabian Drzyzga chciał się ze mną spotkać a ja tak po prostu odeszłam.

Chciałbym z ramion zdjąć Ci troskę o przyszłość,
powiedzieć i uwierzyć, że pieniądze to nie wszystko.
Chcę się z Tobą kochać a nie z gównem jebać co dzień.
Myślisz o jutrze nieufnie i zanim uśniesz czekasz na odpowiedź:
- Co dalej?

***

Przez kolejne tygodnie unikałam meczu Sovii jak ognia.

Wierzę w nas bardziej niż w miłość, bo miłość jest jak człowiek,
chwilą co nie godzi się na to, że musi ginąć.
Powiedz mi to szczerze, chodzi o jakość czy o ilość?
- Nie wiem. Jeśli miłość jest człowiekiem, chodzi mi o Ciebie.

Dopadła mnie depresja. Czułam się osamotniona. Po świętach stałam się wrakiem człowieka. Utraciłam wszelką nadzieję. Nie miałam ochoty ruszać się z domu więc do szkole przychodziłam i ukrywałam się pod kocem albo przy książkach. Tak spędziłam 2 miesiące.
- ... Dzisiejszy mecz nie był łatwy, tym bardziej ciesze się ze zwycięstwa... - usłyszałam głos Fabiana i wiedziałam, że Kuba przyszedł z laptopem.
- A co w przerwie świątecznej? Treningi czy wracasz do rodzinnego domu? - nie mogłam rozpoznać głosu dziennikarza.
- Planuję odnaleźć Izę - normalnie zdębiałam. Podniosłam głowę znad obliczeń i odwróciłam się do Kuby. Ten szczerzył się do mnie.
- Jesteś głupia Izka - wiedziałam, że ma rację - mają dziś ostatni trening - podjęłam decyzję. Co mogłam stracić? Wstałam w tępie natychmiastowym i poszłam wziąć szybką kąpiel.


***

- Cześć - stanęłam przed Fabianem i nieśmiało się uśmiechnęłam. Zatrzymał się pół kroku przede mną i  patrzył na mnie jak na jakieś cudowne stworzenie. Kropelki potu spływały z jego włosów na czoło a oddech miał szybki i krótki.
- No.. Hej - wybełkotał - to znaczy cześć. Izka. Cześć - zaczął drapać się po głowie a ja cichutko chichotałam - zaskoczyłaś mnie. To znaczy pozytywnie, bardzo pozytywnie. Tylko ja. Bo. No wiesz. Nie, nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć. Ja nie mogę myśleć, w sensie przestać o Tobie. Myśleć oczywiście - język mu się plątał jakby zobaczył prawdziwego świętego Mikołaja - Wybacz - zmieszany spuścił głowę. Dotknęłam jego dłoni.
- Masz może ochotę na spacer? Czy będę musiała spędzić go sama? - zobaczyłam iskierki w jego oczach i wiedziałam, że jednak będę musiała trochę poczekać zanim się wykąpie.

środa, 6 listopada 2013

Rozdział 2. Czyli moment, jak bardzo można się nie zrozumieć

Izka
Wstałam rano i zjadłam z rodziną śniadanie przygotowane przez babcię. Odkąd sięgałam pamięcią zawsze wspominaliśmy stare czasy, które ja pamiętałam zazwyczaj jak przez mgłę. Po 11 zerwałam się, bo całkowicie zapomniałam o spotkaniu, na które byłam omówiona. Wzięłam szybko prysznic i poszłam przegrzebać walizkę w poszukiwaniu odpowiedniego ubrania. Wyciągnęłam czarne rurki, białą koszulę i beżowy kardigan. Nałożyłam lekki makijaż i wyszłam z łazienki.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytał zainteresowany dziadek, podnosząc głowę i spoglądając na mnie spod okularów.
- Tak, dziadku, jestem umówiona - uśmiechnęłam się szeroko - wrócę wieczorem.
- Baw się dobrze kochanie! - usłyszałam zamykając za sobą drzwi.
We Wrocławiu było zdecydowanie zimniej niż w Rzeszowie. Czułam jak zamarzają mi dłonie a nos robi mi się czerwony. Do Jaśmina podążałam slalomem omijając wszystkie napotkane do drodze kałuże. Po 15 minutach byłam na miejscu. Wchodząc do kawiarni uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem jak owy Fabian wygląda. Nie rozglądając się za bardzo usiadłam w kącie kawiarenki i zerknęłam na zegarek. "Za pięć trzynasta" pomyślałam - "pewnie jestem za szybko" uznałam i zaczęłam czytać książkę, która na szczęście ze sobą wzięłam, zapominając tak właściwie po co tu przyszłam.
- Dzień dobry - usłyszałam trochę nie wyraźnie i pierwsze co przyszło mi na myśl to, to iż Fabian się pojawił. Podniosłam głowę i uśmiech od razu zniknął mi z twarzy - co podać? - zapytał niewysoki, młody kelner.
- Herbatę z cytryną - rzekłam i zrezygnowana spojrzałam na zegarek. Dziesięć po. Rozejrzałam się po kawiarence. Siedziała tam kilka par, jedna samotna dziewczyna i 2 chłopaków. Na drugim końcu kawiarenki dostrzegłam jeszcze jedną osobę. Był to chłopak, siedział sam i wyglądał jakby na kogoś czekał. Uświadamiając sobie, że jestem w takiej samej sytuacji, uśmiechnęłam się sarkastycznie i straciłam nadzieję, że chłopak, na którego czekałam jeszcze się zjawi. Wypiłam herbatę, która dostarczył mi kelner, schowałam książkę, ubrałam się i wyszłam.

http://www.youtube.com/watch?v=0rjoMNyZ9jw
"Życie niestety jest rodzajem szaleństwa,
lecz przestaniesz szukać w nim swojego miejsca dopiero gdy opadnie kurz.
Póki co spoglądasz na rozległy pejzaż,
na którym ścierają się armie zagubionych dusz."
Wracając do domu dziadków pomyślałam, ze odwiedzę miejsca, w których lubiłam bywać z przyjaciółmi, jeszcze za czasów kiedy mieszkałam we Wrocławiu.
Tak jak się spodziewałam duża ich część tam dziś była. Widziałam jak śmieją się, popijając piwo. Kilku z nich paliło papierosy. "Jak kiedyś. Nic się nie zmienili" pomyślałam ale nie miała odwagi do nich pojeść. Nie wiedziałam jak zareagują na moje nagle pojawienie się po dość długim czasie nieobecności.
Poczułam na skórze zimne krople jesiennego deszczu. Zatrzymałam się i podniosłam głowę do góry.
Pozwoliłam spokojnie zmyć ze mnie cały makijaż. Moje włosy wsiąkały deszcz jakby tyle na niego czekały.
Pękły we mnie wszystkie łańcuchy. Cała tęsknota i bunt wyszły na zewnątrz mieszając zimny deszcz z gorzkimi łzami, które bez pozwolenia uwalniały się spod moich ciężkich powiek.
Zawsze skrywałam w sobie emocje. Tłumiłam sprzeciw wobec wyjazdu, zawód i tęsknotę.
"I kurz podnosi się spod rozbieganych stóp jak kurtyna.
I póki życie trwa teatr życia wśród gestów, słów, działań, wyobrażeń, znaczeń,
które tracą sens, wystarczy, że zmienisz scenografię. "
Wczoraj jakiś obcy chłopak spowodował, że tak po prostu się uśmiechałam. A dziś się nie pojawił. Nienawidziłam swojej wrażliwości.
"Kiedy opadnie kurz, będziemy w końcu sobą
Kiedy opadnie kurz, kurtyny się odsłonią
Kiedy opadnie kurz, pójdziemy prostą drogą
Kiedy opadnie kurz, zaczniemy żyć na nowo."

***

- Jesteście spakowani? Niczego nie zapomnieliście? - pytała mama, krzątając się po całym mieszkaniu zbierając ostatnie rzeczy.
- Wszystko mamy - usłyszałam chór mojego rodzeństwa.
- Gdzie mój sweter? - zapytałam raczej przestrzeń niż kogoś konkretnego.
- Który wnusiu? - spytał dziadek chowając słodycze do mojej torebki.
- Ten gruby, granatowy.
- Leży na tapczanie w salonie! - krzyknęła babcia. Zrezygnowana poszłam po niego i szybko ubrałam. Stanęłam na środku pokoju wdychając ostatnie zapachy domowego obiadu. Jeszcze nie wyjechaliśmy a ja już zdążyłam tęsknić. Wtedy również wróciło do mnie wspomnienie wypitej samotnie herbaty. Nie mogłam przestać myśleć o tym chłopaku. Po raz kolejny znienawidziłam swojej wrażliwości i pakując się do samochodu postanowiłam, że muszę się jej pozbyć w najbliższym czasie.
- Izka, Kuba, macie jakieś plany na jutro? - zapytała mama kiedy mój tato męczył się aby najsprawniej ominąć wrocławskie korki.
- Idziemy na mecz z Maćkiem - rzucił mój brat. Nie miałam ochoty uczestniczyć w tej rozmowie, włożyłam więc słuchawki i podobnie jak 3 dni temu kiedy wyjeżdżaliśmy z Rzeszowa postanowiłam przespać całą drogę. Jak na złość mi - zapalonej fance polskiego rapu, którego miałam w przenośnych urządzeniach miliony utworów - rzuciło się posłuchać muzyki klasycznej. A ja i muzyka klasyczna zwykle oznaczyło lament, tony chusteczek i kilogramy czekolady. Blokowało mnie tylko to, iż nadal byliśmy w drodze. Widok za oknem przekonywał mnie, że naprawdę jest ze mną coś nie tak. A może właśnie zaczęłam dorastać i dostrzegać to co powinnam? Pejzaż pól okrytych liśćmi i warstwą zmarzniętej ziemi zaczął zmieniać coś w moim myśleniu. Coraz ciemniejsze niebo z puchatymi jak wata cukrowa, szybko płynącymi chmurami. Ledwo dostrzegalne słońce, która tylko czekało by schować się za horyzontem. Wszystko powoli zasypia. W pewnej chwili spadł z nieba deszcz. Ściekając powoli po szybie, w którą tak namiętnie się wpatrywałam aby w końcu spaść na czarny, twardy asfalt rozpryskując się na zawsze. Tak, to był dobry moment na płacz.


Fabian
Zastanawiał się dlaczego się nie pojawiła. A może była tylko jej nie zauważył? Wydawało mu się, że rozpoznałby ją. Oczywiście, że by ją rozpoznał. Jej długie, lekko pofalowane blond włosy, delikatne rysy twarzy i te zniewalające oczy, tak pięknie oświetlone przez płomienie zniczy. Musiał pogodzić się z tym, że już nigdy jej nie spotka.
- Fabian nie powinieneś już jechać do Rzeszowa? Ściemnia się a jutro masz mecz - usłyszał głos ojca.
- Masz rację. Niedługo mam pociąg.
- Spakowałam ci trochę jedzenia i tu masz świeże rogaliki Fabianku - uśmiechnął się i ucałował swoją babcie w czoło.
- To będę się zbierał.
- Odwiozę Cię.
- Dzięki tato - rzucił. Zasznurował buty naciągnął czapkę po czym pożegnał się z rodziną - dziękuję babciu, niedługo przyjadę. Pa mamo!
- Pa synku - poczuł jej ciepłe wargi na swoim policzku - powodzenia jutro, będę trzymać kciuki! - uśmiechnęła się i wiedział, że tak będzie. Będzie jutro siedziała przed telewizorem i na wewnętrznej stronie dłoni będą widniały ślady od jej paznokci. Wyszedł na zewnątrz i dopiero teraz zauważył, że pada. Po 15 minutach byli na dworcu.
- Dzięki tato, trzymaj się.
- Cześć synu - uścisnął go pan Wojtek - zadzwoń jak dojedziesz! - rzucił do odchodzącego już syna. Fabian kupił bilet i wsiadł do pociągu. Nadal myślał o pięknej blondynce. Nie spostrzegł kiedy zasnął.


Izka
- Izka ile można siedzieć w łazience?! - darł się Kuba niemiłosiernie - zaraz wychodzimy!!! - przewróciłam oczami słysząc jego lament.
- Już idę... - warknęłam i wyszłam z łazienki. Kuba zagwizdał.
- No siostra. Będę cię teraz musiał nieźle pilnować na tej hali - zaśmiał się i wymierzył kuksańca w bok.
- Kuba przestań wiesz jak tego nienawidzę!
- No dobra, ale ubieraj już buty młoda, spóźnimy się.
Oczywiście, że się nie spóźniliśmy, my nigdy się nie spóźniamy. Kuba gdyby mógł wychodził by z domu 5 godzin przed meczem ale cóż już nic się na to nie poradzi. Przed halą dołączył do nas Maciek, który również zrobił wielkie oczy na mój widok.
- Kuba, gdzie ty chowałeś tę siostrę? - zapytał a ja mocniej naciągnęłam czapkę i mamrotałam modły o pomstę do nieba. Ok, Maciek był fajnym chłopakiem, ale strasznie denerwowało mnie to jak się do mnie przystawiał chociaż mówiłam mu już wiele razy, że jest tylko moim kolegą i to się nie zmieni. Ale on zachowywał się jakby był głuchy i to irytowało mnie najbardziej. Po prostu w pewnym momencie przestałam lubić jego towarzystwo, które stało się nachalne.
- Idę po coś po picia - rzuciłam gdy byliśmy już na hali i wędrowałam sobie samotnie po strefie VIP'owskiej. Tak to był jedyny plus chodzenia z Maćkiem na mecze. Byłam wkurzona i cały czas marudziłam pod nosem, że jednak mogłam zostać w domu przynajmniej zrobiła bym coś pożytecznego i równocześnie z oglądaniem meczu odrabiałam lekcje, a tak to będę siedzieć do 2 w nocy i znów się nie wyśpi...
- Ojej, przepraszam! - ktoś przerwał monolog mojego marudzenie. "Cześć Wrocławiu, powtórka z rozrywki"
- Mhm, spoko - mruknęłam słabo i szybko wyminęłam przyczynę mojego nowego rozdrażnienia.
- Hej, nic ci nie jest? Poczekaj!
- Nie - rzuciłam i przeszłam dalej jeszcze dwa kroki. Postanowiłam jednak się odwrócić i właśnie wtedy miałam ochotę wyciągnąć jakiś młotek i się nim po prostu zatłuc...

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział 1. Czyli początek historii o połączeniu dwóch światów

- Mamo! Tato! Możemy już jechać? Proszę was - marudziłam pakując ostatnie rzeczy do walizki. Naprawdę bardzo tęskniłam za dziadkami, ciepłem ich przytulnego domu, zapachem sernika i szarlotki oraz szklanką z kompotem, która zawsze wypełniona do połowy była owocami. Babcia wie jak je uwielbiam.
- Spakowałaś Lenkę? - krzyknęła mama z łazienki.
- Tak, już dawno, Bartkowi też pomogłam - odpowiedziałam. Podeszłam do okna i spojrzałam na miasto okryte puchem zwiędłych liści. Wtedy do mojego pokoju wpadł mój starszy brat.
- Izka, Maciek dzwonił pytał czy idziesz z nami na mecz w niedzielę? - spoglądał na mnie wyczekując mojej odpowiedzi.
- Pewnie - uśmiechnęłam się do niego.
- No to super, spakowałaś się już? - zapytał wskazując na moją walizkę - Zaniósłbym ją do samochodu.
- Tak, dzięki - miałam przed sobą wizję czerto i pół godzinnej drogi z Rzeszowa do Wrocławia i aż się wzdrygnęłam.
- Ubierajcie buty - usłyszałam głos mamy i mimo wszystko niemal klasnęłam w dłonie z radości. Miałam prawie 18 lat a nadal reagowałam jak dziewięciolatka. "Tak! W końcu!" pomyślałam i wciągnęłam na nogi czarne workery, znad których wystawały ciemne, ciepłe getry. Stanęłam przed lustrem założyłam na siebie beżowy płaszcz ze skórzanymi rękawami i uwinęłam się cieplnym jasnym szalikiem.
- Wyglądasz jakbyś na Syberię się wybierała - zaśmiał się mój starszy brat po czym sam ubrał ciepła kurtkę i czapkę.
- A ty na Grenlandię!!! - przydreptała Lenka i psiknęła swoim cienkim głosikiem.
- A ja jak na Antarktydę! - wykrzyknął młodszy z moich braci, kiedy tata zakładał mu szalik i wciskał rękawiczki w kieszenie. Wywróciłam tylko oczami i pomyślałam w duchu, że jesteśmy dziwną rodzinką.
Po pół godziny wyruszyliśmy z Rzeszowa. Założyłam słuchawki i biorąc przykład z reszty mojego rodzeństwa zamknęłam oczy. Nie myślałam o niczym konkretnym i po chyba krótszym niż dłuższym czasie odpłynęłam do krainy Morfeusza.

***

- Cześć babciu! Cześć dziadku! - każdy z naszej czwórki rzucał się po kolei dziadkom w ramiona.
- No w końcu, tyle czasu, na was czekać! No wchodźcie dalej bo zimno - opiekuńczym tonem powiedziała babcia.
- Jak droga? - dziadek zaczął rozmowę z moim tatą po czym wprowadził nas do salonu, gdzie siedziała reszta rodziny. Powitaliśmy się ze wszystkimi a mnie od razu uderzył ten zapach za którym tak tęskniłam.
- I jak ci wnusiu w tej szkole? - zapytała babcia stając przy mnie i pomagając wygrzebać mi wiśnie z kompotu.
- Dobrze babciu - uśmiechnęłam się.
- Chłopca jakiegoś masz w tym Rzeszowie? Takie ładne miasto więc i młodzi pewnie ładni - zaśmiałam się słysząc te słowa.
- Bardzo tęsknie za Wrocławiem babciu - spojrzała na mnie i ciepło się uśmiechnęła - musisz iść na spacer, z Kuba albo sama. Trochę się tu zmieniło a twój brat też pewnie tęskni za tym co tu zostawił - No tak, pomyślałam. tata dostał posadę w Rzeszowie, mama szybko znalazła sobie tam pracę. Lenka i Bartek byli jeszcze młodzi więc zmiana szkoły nie była dla nich bardzo ciężka. Gorzej było jednak ze mną i Kubą. On zaczynał studia a ja zmieniałam szkolę w ciągu roku. Zostawiliśmy przyjaciół i znajomych, Kuba dodatkowo dziewczynę, która i tak okazała się nie być go warta. Nie miałam wątpliwości co do tego, że i tak niedługo sobie kogoś znajdzie. Przystojny, wysoki, dobrze zbudowany student AWF-u z ciemna karnacją bez dziewczyny? Scenariusz na krotki czas. Dodatkowo był moim bratem i pomimo tego zauważałam jego charakter. Zapewne był ideałem dla wielu dziewczyn. Ze mną było inaczej. Zawsze ważna była dla mnie nauka i przyjaciele oraz siatkówka. Nie miałam chłopaka od czasów podstawówki i nie skromnie mogę powiedzieć, że to w pełni mój wybór, bo kandydatów było kilku. Gdzieś jednak w głębi duszy marzyłam o miłości ale wiedziałam jakiej miłości oczekuje.
- Izka? - szurnęła mnie babcia.
- Tak? - wyrwała mnie z zamyślenia - tak, spacer to będzie dobry pomysł - uśmiechnęłam się szeroko i wróciłam do reszty rodziny.

***

Wieczorem ponownie wciągnęłam na stopy buty i zgodnie z poleceniem babci udałam się na spacer. Zaduszki. Lubiłam święta. Może, nie samą egzystencje świąt, bo ta była raczej smutno-gorzka ale lubiłam bycie z rodziną, z ludźmi, którzy mnie rozumieją i kochają. Postanowiłam iść na cmentarz. We Wrocławiu cmentarz, na którym leży duża część naszej rodziny jest piękny wieczorami. Miliony zniczy. Aurę oświetlonej przestrzeni można było dostrzec już z wyraźnej odległości. Przed bramą podobnie jak po południu z rodziną kupiłam znicze i zapałki. Wręczyłam miłej pani pieniądze i powolnym krokiem wędrowałam przez cmentarz. Była to dobra chwila do przemyślenia swojego dotychczasowego życia. Tego jak ono wygląda i czy jest zgodne z naszymi zamierzeniami. Zaduszki są dniem kiedy dość często postanawiam coś w sobie zmienić. Na lepsze. Weszłam pomiędzy groby przeciskając się do znajomej ławki kiedy na kogoś wpadłam.
- Przepraszam - szybko wymamrotałam czując silne ręce na moich ramionach, które przytrzymały mnie w pionie abym nie upadła.
- Nie szkodzi, nic ci nie jest? - usłyszałam głos młodego mężczyzny.
- Wszystko w porządku - powiedziałam i spojrzałam w górę, jednak nie mogłam dostrzec twarzy ściany, z którą się zderzyłam nie tylko przez to, że było już ciemno i ogień ze zniczy nie dawał na tyle światła ale także dlatego, iż miał na głowie kaptur, który dokładnie go zasłaniał. Uśmiechnęłam się lekko, i ruszyłam ramionami sugerując, że już się trzymam bezpiecznie na nogach.
- Ach, tak - wzdrygnął się i puścił moje ramiona, przechylając głowę, żeby jak się domyślam sprawdzić czy aby na pewno stoję - przepraszam - dostrzegłam na jego twarzy cień uśmiechu.
- Fabian chodź już! - usłyszałam zza jego pleców i chłopak odwrócił się.
- Już idę tato, dogonię was! - odkrzyknął chłopak po czym znów spojrzał na mnie - Fabian - wyciągnął do mnie rękę.
- Iza - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się nie mając pewności czy to dostrzegł.
- Może jakaś kawa na przeprosiny?
- Wydawało mi się, że musisz już iść - powiedziałam.
- Masz jutro czas?
- O której? - nie za bardzo wiedziałam co robię, ale czułam, że go polubię.
- 13? W "Jaśminie"? Wiesz gdzie to?
- Tak, wiem.
- To do zobaczenia - odparł radośnie - i przepraszam jeszcze raz! - krzyknął na odchodne a ja trochę zdezorientowana ale dziwne wesoła poszłam zapalić znicz.

***

- Zmarzłaś bardzo? Siadaj i się rozbieraj zrobię ci ciepłej herbaty - powiedziała babcia - co ty taka szczęśliwa? - spojrzała na mnie ciekawie. No tak, wyglądałam jakbym wygrała w totka, szczerząc się niemiłosiernie - oczy ci się świecą, tańczą czy tam jakieś iskierki, jakiegoś ładnego pana spotkałaś wnusiu? - nie wiedziałam czy było to pytanie czy raczej stwierdzenie lecz nie odpowiedziałam jej tylko zachichotałam.
- Izka? Wróciłaś? - usłyszałam głos starszego brata - czytałem, że kilku siatkarzy jest we Wrocławiu, można by jakiegoś poszukać - zaśmiał się.
- Skąd ty to wiesz? - zapytałam wyraźnie zainteresowana.
- Twittera nie używasz?
- Zawsze byłeś w tym lepszy ode mnie - puściłam mu oczko - a kto jest? Może faktycznie warto się przejść po mieście jutro.
- Zatorski z dziewczyną.. Kadziewicz, Bartman z tą swoją piękną, anielską.. - tak, Kuba miał słabość do dziewczyny Zbyszka - i Drzyzga z rodzicami. O patrz! Nawet wstawił zdjęcie... Czekaj... Spójrz albo mi się wydaje albo to nasz cmentarz - pisnął prawie jak dziewczyna. Podeszłam bez większego entuzjazmu.
- Faktycznie... - rzuciłam i zaczęłam się zastanawiać czy głos chłopaka, którego dziś spotkałam kogoś mi nie przypominał. Szybko jednak wyrzuciłam z siebie tą myśl. Wzięłam od babci kubek z herbata i dołączyłam do mojego młodszego rodzeństwa, które oglądało jakąś kreskówkę.

Prolog

- Dlaczego nie chcesz iść?
- Byłaś tu wiele razy.
- Ale stęskniłam się za tym miejscem...
- Mam dla Ciebie niespodziankę, czy to może poczekać? Pójdziemy tam jutro.
- Niespodziankę? - zapytałam zdziwiona. Po dość długim czasie związku codziennie wciąż intrygował mnie na nowo.
- Tak Izka, niespodziankę - musnął mnie swoimi ciepłymi, delikatnymi wargami w czoło i pociągnął za rękę do samochodu.
Zastanawiałam się dokąd jedziemy. Ale byłam pewna, że gdy zapytam nic mi nie powie. Po pół godziny drogi kazał mi wysiadać.
- Co ty kombinujesz? - bąknęłam trochę przerażona, bo byłam w miejscu, którego nie znałam. Gdzieś na nowym osiedlu bogatych ludzi gdzie asfalt - o dziwno - naturalnie komponował się z zielenią.
- Zamknij oczy. Zamknij! Nie podglądaj! - Fabian nie mal na mnie krzyknął i wziął na ręce.
- Fabian! Fabian co ty wymyśliłeś!!! - darłam się czując jak wnosi mnie po schodach. Miałam zamknięte oczy bo wiedziałam, że było dla niego ważne aby na prawdę sprawić mi niespodziankę. - Drzyzga do cholery! Postaw mnie w końcu! - w tym momencie siatkarz uwolnił mnie ze swojego uścisku.
- Jesteśmy na miejscu. Witaj w domu. W naszym domu - otworzyłam oczy i ujrzałam przepiękne, nowocześnie urządzone mieszkanie z ogromnymi oknami w salonie, za którymi rozciągał się pejzaż oświetlonego światłami latarni miasta.